Sydney- Brisbane – zapiski z podróży kamperem

Nasz pierwszy road trip kamperem przez Australię rozpoczęliśmy w Sydney, stolicy stanu New South Wales (NSW). Mieliśmy 4 dni na przejechanie ok. 950 km do Brisbane w stanie Queensland. Drogę podzieliśmy na 3 główne odcinki, w trakcie których nocowaliśmy na kempingach. Pogoda w październiku była bardzo przyjemna. W Nowej Południowej Walii na wybrzeżu panuje klimat umiarkowany morski, który przy granicy ze stanem Queensland przechodzi w subtropikalny. Nie brakowało nam ciepłych wieczorów i dni.

Złe dobrego początki

Nasz road trip na dobrą sprawę zaczął się zanim odebraliśmy kluczyki do kampera w Sydney. W połowie drogi z Geelong do Sydney zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Gundagai w NSW. Miasteczko to jest ikoną australijskiej prowincji. Pisano o nim wiersze i piosenki, ale najlepsze jest to, że do końca nie wiadomo dlaczego 🙂

Najprawdopodobniej sława Gundagai zaczęła się w latach 20. XX wieku wraz z popularną piosenką country „Along the Road to Gundagai”. Może wynikać też z centralnego położenia miasta, w którym swego czasu zatrzymywali się różni podróżujący, woźnice, poganiacze koni czy postrzygacze owiec wymieniając opowieści.

Po dotarciu do Gundagai okazało się, że rezerwacja pokoju w hotelu, w którym mieliśmy przenocować została odnotowana w systemie, ale w innym terminie. Jechaliśmy tam kilka godzin, jeszcze niewprawieni i już dość zmęczeni podróżą, więc ta informacja nie nastroiła nas radośnie. Było po 22:00, a my byliśmy bez noclegu. Na domiar złego okazało się, że w tym czasie przeprowadzane były jakieś duże roboty drogowe i większość hoteli/moteli była zarezerwowana dla pracowników. Z pomocą przyszła nam pani z recepcji naszego niedoszłego hotelu. Obdzwoniła wszystkie motele i znalazła jedyny wolny pokój w wyglądającym dość ponuro przydrożnym moteliku. Po ciemku nie wyglądał zapraszająco, ale było nam już wszystko jedno. Rano wstaliśmy i powitało nas długo wyczekiwane ciepło i słońce. Kurtki i bluzy spakowaliśmy do bagażnika, po czym przekonani, że dalej musi być już tylko lepiej ruszyliśmy do Sydney.

Sydney

Sydney jest na tyle ciekawym miastem, że zasługuje na osobny wpis. Niestety, nie mieliśmy okazji zwiedzić go z Laurą, bo po odbiorze naszego „domu na kołach” ruszaliśmy w trasę. Przed wyjazdem spędziliśmy w Sydney jeden wieczór i udało nam się tylko pospacerować wzdłuż plaży Brighton le Sands, co samo w sobie było fajnym doświadczeniem.

3,2, 1..start!

A oto nasz pierwszy „dom na kołach”, tzw. motorhome.

Ten kamper był naprawdę wygodny i super się nim podróżowało. Miał rozkładaną kanapę do spania, z góry opuszczany, podwójny materac, mini łazienkę oraz kuchenkę. Był nawet telewizor. W środku miał sporo miejsca i wiele schowków. W zestawie dostaliśmy pościel i ręczniki. Kamper był wyposażony także w talerze, sztućce, lodówkę, garnki i mikrofalówkę. Przygotowując się do snu, można było ustawić klimatyzację, spokojnie pozasłaniać wszystkie okna i robiło się naprawdę komfortowo. Jeden minus to hałas w trakcie jazdy. Siedząc na miejscu pasażera było słychać jak w szafkach stukały talerze. Wkładałam między nie pieluchy i ubranka Laury, żeby wytłumić huk, który po dłuższej jeździe stawał się męczący.

Więcej o podróżowaniu kamperem znajdziecie TU.

Pomimo posiadania w kamperze kuchenki i akcesoriów nie gotowaliśmy. Po pierwsze z oszczędności czasu, którego nie mieliśmy, a po drugie zakupy i gotowanie na własną rękę zwyczajnie się nie opłacało. Wiele produktów w sklepach w Australii sprzedawanych jest w dużych opakowaniach lub w paczkach. Nie bylibyśmy w stanie tego zjeść lub wykorzystać. Jedzenie na mieście nie wychodzi dużo drożej niż koszt przygotowania posiłku. Kupowaliśmy owoce, napoje, przekąski a śniadania i obiady jedliśmy po drodze.

Kempingi na trasie

Na trasie Sydney – Brisbane spaliśmy w tzw. Holiday Parks, czyli prywatnych kempingach z bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturą. Żeby zatrzymać się na noc na wybranym kempingu nie trzeba (chociaż można) dokonywać wcześniejszej rezerwacji. Podjeżdżamy, meldujemy się, odbieramy mapę ze wskazanym miejscem postojowym i jeśli zatrzymujemy się na jedną noc to musimy wyjechać do 10:00 dnia następnego.

Pierwsze pole kempingowe, które wybraliśmy to Stockton Beach Holiday Park w Newcastle, NSW. Dostaliśmy miejsce tuż przy wejściu na plażę. Budząc się rano czy idąc spać słyszeliśmy szum oceanu. Kemping jest zlokalizowany około 2 h drogi od Sydney. Oferuje dostęp do naprawdę czystych i zadbanych łazienek, zaplecza kuchennego, placu zabaw oraz innych udogodnień dla podróżników. Wybraliśmy go ze względu na lokalizację nad samym oceanem i bardzo dobre opinie w aplikacji CamperMate. To był nasz pierwszy kemping i spodobał mi się do tego stopnia, że do Newcastle chciałam wrócić w drodze powrotnej.

Kolejny nocleg spędziliśmy na jeszcze bardziej rozwiniętym parku kempingowym – BIG4 Park Beach Holiday Park w Coffs Harbour. Znajdował się on 380 km od Stockton Beach Holiday Park . Przejechanie tego odcinka zajęło nam z przerwą na obiad większość dnia. Sam Park jest naprawdę ogromny, na jego terenie znajdował się nawet basen ze zjeżdżalniami, a także zaplecze kuchenne, gdzie obok siebie mogło grillować kilka rodzin. Do tego wyposażona kuchnia, przestrzeń do wspólnego jedzenia, atrakcje dla dzieci, place zabaw, sala do gier czy miejsca do gry w ping ponga. Podsumowując,  było tam wszystko, żeby aktywnie spędzić wakacje na kempingu. 

Basen w Parkbeach Coffs Harbour

Po drodze do Coffs Harbour zatrzymaliśmy się nad pięknym jeziorem w małym miasteczku Smiths Lake. Miejsce było naprawdę wyjątkowe. Jedząc obiad w restauracji z tarasem na jeziorze mogliśmy obserwować przez szpary w deskach pływające małe rybki. Bardzo blisko brzegu, gdzie Laura bawiła się w wodzie, spoglądało na nas dość obojętnie stado pelikanów australijskich. Smiths Lake okazało się jednym z naszych faworytów na trasie, a trafiliśmy tam przypadkowo –  skręcając spontanicznie za drogowskazem na jezioro.

Naszym ostatnim przystankiem przed Brisbane był Clarkes Beach Holiday Park w Byron Bay. Ten kemping był położony nad piękną plażą Clarkes Beach, na którą schodziło się po schodach. Widok plaży z góry klifu wynagradzał trudy drogi. Jeśli chodzi o infrastrukturę kempingu to chyba była ona najskromniejsza z tych, które odwiedziliśmy, ale panował na nim wyluzowany i zupełnie inny klimat. Byron Bay słynie z dobrych warunków do surfowania oraz z tego, że w latach siedemdziesiątych przyciągało hippisów oraz surferów. Spacerując wieczorem ulicami Byron Bay spotkaliśmy wiele ciekawie ubranych osób, „dzieci kwiaty” z poprzedniej epoki czy chodzących boso po supermarkecie amatorów surfingu. Klimat dopełniały knajpki i liczne bary pełne ludzi. Żałowaliśmy trochę, że nie mamy z kim zostawić Laury i posiedzieć gdzieś dłużej, ale kto wie może kiedyś wrócimy.

Z Byron Bay ruszyliśmy już prosto do Brisbane, mijając fajnie brzmiące miejsca w stylu Surfers Paradise czy Gold Coast. Zrobiło się już bardzo ciepło, wszędzie rosły palmy, zza okna spoglądaliśmy na domy na przedmieściach z basenami oraz znaki kierujące na plaże.

W Brisbane nocowaliśmy w Brisbane International Virginia. Bardzo przyzwoity hotel z basenem w pobliżu lotniska, w rozsądnej cenie. Wybraliśmy go również z powodu bliskiej odległości do wypożyczalni, z której mieliśmy wypożyczyć kamper na powrót do Sydney.

Brisbane

Na zwiedzanie Brisbane mieliśmy jedno popołudnie. Wystarczyło, żeby poczuć klimat miasta i pochodzić po centrum, ale po raz kolejny żałowaliśmy, że nie zostajemy tam chociażby dzień dłużej.

Brisbane leży na wschodnim wybrzeżu, nad Morzem Koralowym Oceanu Spokojnego. Zostało nazwane „Australia’s hippiest city”, czyli najmodniejszym miastem Australii. W stolicy Sunshine state, jak określa się Queensland, jest ciepło przez okrągły rok. Najchłodniejszym miesiącem jest lipiec, lecz nawet wtedy temperatura odczuwalna to około 20 stopni.

Brisbane ma bardzo przyjemnie rozplanowane centrum. Dla mieszkańców i turystów władze miasta wybudowały Streets Beach, czyli jedyną plażę w Australii, która znajduje się w centrum miasta. Plażę ufundował producent lodów Algida, które w Australii znajdziecie pod nazwą Streets. Biały piasek, palmy, woda i widok na północny brzeg rzeki pozwala zrelaksować się po pracy bez konieczności wyjazdu z miasta.

W rzece Brisbane raczej nikt nie pływa, ale w lagunie przy plaży już tak. Fajne miejsce żeby spędzić czas z rodziną czy przyjaciółmi. W bezpośrednim sąsiedztwie są wydzielone i publicznie dostępne grille, zielone trawniki oraz ławeczki. Można zrobić sobie piknik lub po prostu poleżeć i odpocząć. Tuż obok znajduje się wodny plac zabaw Aquativity oraz basen Boat Pool, strzeżony przez ratowników. Wszystkie te atrakcje są dostępne bezpłatnie i otwarte przez cały rok. Na południowym brzegu znajduje się też duży plac zabaw dla dzieci South Bank Parklands Playground.

Wzdłuż rzeki ciągnie się długa promenada, którą przejdziecie obok słynnego Diabelskiego młyna Wheel of Brisbane oraz budynku Centrum Sztuki Queensland Performing Arts Centre. Spacerowaliśmy też po deptaku Queen Street Mall, gdzie znajduje się bardzo dużo restauracji i barów. Centrum jest dobrze rozplanowane, ulice są czyste, rosną przy nich drzewa i kolorowe kwiaty. Jest nowocześnie i wielkomiejsko. Wielkie miasta Australii jak Brisbane, Melbourne czy Sydney różnią się od stolic europejskich tym, że centra są naprawdę przyjazne mieszkańcom. Jest dużo zieleni, miejsc do odpoczynku oraz aktywności na świeżym powietrzu. Wszystko po to, żeby ludziom żyło się lepiej. Nic dziwnego, że w różnych rankingach najlepszych miast do życia od wielu lat pojawiają się miasta Australii.

Dla turystów Brisbane oferuje wiele atrakcji, do których zaliczyć można różne parki tematyczne i wodne, centrum edukacji dotyczące koali Daisy Hill Koala Centre, możliwość obserwowania wielorybów w trakcie rejsów wycieczkowych, Planetarium, liczne muzea i galerie (np. Gallery of Modern Art), kilka budynków historycznych z epoki wiktoriańskiej czy loty nad Wielką Rafą Koralową. Fajną atrakcją są też bezpłatne wycieczki statkiem po rzece Brisbane CityHopper oraz bliskość parków narodowych otaczających metropolię.

Nasze ogólne wrażenia były bardzo pozytywne. Miasto jest duże, jednak bez problemu poruszaliśmy się po nim komunikacją publiczną z wózkiem i jego dwuletnią właścicielką. Z pomocą aplikacji z mobilnym rozkładem jazdy mogliśmy znaleźć właściwy przystanek i linię autobusu. W Brisbane zobaczyłam nową jakość transportu publicznego. Jestem przyzwyczajona do warszawskiej zatłoczonej komunikacji miejskiej, więc zaskoczył mnie komfort poruszania się po mieście w Brisbane. Po pierwsze, w Australii do autobusu wchodzi się zazwyczaj drzwiami od strony kierowcy, któremu pokazuje się bilet i z którym ludzie się witają skinieniem głowy czy uśmiechem. Nikt się nie pcha, są wydzielone bus passy tylko dla autobusów, dzięki którym nie stoi się w korkach. Autobusy (TransLink) poruszają są po dedykowanych tylko dla transportu publicznego estakadach, a podziemne huby ułatwiają przesiadki na inne linie. Byliśmy też świadkami sytuacji, w której kierowca przesiadając się z innym i kończąc zmianę pożegnał się z pasażerami i życzył udanego wieczoru. Brisbane jest większym miastem niż Warszawa, a czegoś takiego nie doświadczyłam podróżując nigdzie w Polsce, a nawet w Europie. Czemu w ogóle o tym piszę? Żeby pokazać, że ludzie w Australii są naprawdę serdeczni i uprzejmi na każdym poziomie relacji. A relacje z innym człowiekiem wpływają na odbiór miejsca, które zwiedzamy. W Australii nigdy nie doświadczyliśmy jakiś przykrych sytuacji. Czuliśmy się naprawdę bezpiecznie.

0 0 votes
Article Rating
Zapisz się
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments